Rozdział 44.

- Co ty tutaj robisz?
Wstaję i podchodzę do chłopaka. Doktor robi to samo, ale milczy i nie rusza się z miejsca. Patrzymy na siebie spojrzeniami morderców.
- Przyszedłem po ciebie.
- Nie mam zamiaru nigdzie z tobą iść. - skanuję go wzrokiem i marszczę brwi. - Przyszłam tutaj do Thomasa. - kontynuuję.
- Idziemy. - León łapie mnie z całej siły za rękę i zaczyna wyciągać z sali.
- Puść mnie! - próbuję nie pozwolić mu mnie ruszyć, ale znowu wygrywa.
- Niech Pan ją puści! - doktor podbiega do nas i próbuje odepchnąć Leóna.
Gdy ten mnie puszcza, zadaje cios w nos lekarzowi. Chłopak znowu mnie chwyta, ale tym razem za obie ręce i ponownie próbuje mnie wyciągnąć. Opieram się ale moje śliskie kozaki mi tego nie ułatwiają. Lekarz wstaje i dzwoni po ochronę. W tym samym momencie, León i ja jesteśmy już na korytarzu. Zaczynam krzyczeć o pomoc, ale czas jakby zatrzymał się w miejscu.
- Zostaw mnie, proszę! Daj mi się z nim zobaczyć! - zaczynam płakać, ale jego to nie wzrusza.
Po chwili zauważam biegnących w naszą stronę dwóch mężczyzn. Ubrani są w czarne kombinezony. Dokładnie widać u nich wystającą broń i pałkę. Na głowie mają czarne czapki z daszkiem.
- Puść ją. - jeden z ochroniarzy, który wygląda na młodszego obezwładnia Leóna, ale ten nie daje za wygraną.
Oddalam się odrobinkę i przyglądam się całej sytuacji. Kiedy jeden ochroniarz nie daje sobie rady, drugi zadaje cios Leónowi prosto w brzuch. Chłopak się nie poddaje i walczy z dwoma osiłkami. Przybiega do mnie pielęgniarka i próbuje odciągnąć mnie od całego zdarzenia. Zaczyna się prawdziwa bójka między mężczyznami a Leónem. Po namowach miłej pani, postanawiam odejść z nią. Niestety kiedy słyszę jak ktoś upada na podłogę i zauważam, że tą osobą jest León - natychmiast zawracam.
- Zostawcie go! - łapię jednego mężczyznę za ramię i próbuję odciągnąć.
Nie reagują tylko nadal zadają cios, po ciosie Leónowi, który ponownie leży na podłodze. Co to za ochroniarze?  Powinni go obezwładnić i założyć mu kajdanki. Nawet kiedy on stawia opór oni nie maja prawa go kopać i bić, kiedy leży już bezbronny na podłodze.
- Proszę! - staję między nimi nie przejmując się tym, że i ja mogę dostać.
Po drugiej próbie ochroniarze odsuwają się i przyglądają mi się. Kręcę głową z niedowierzania, w tym samym czasie León stoi już obok mnie. Z zewnątrz nic mu nie jest, ale na pewno go wszystko boli. Zerkam na niego i zaczynam iść w stronę wyjścia. Chłopak od razu rusza za mną. Mam nadzieję, że lekarze nie zdążyli zadzwonić na policję. Nie zwracam uwagi na przyglądających mi się ludzi, tylko szybkim krokiem zmierzam do drzwi wyjściowych. Z całej siły otwieram drzwi, które odbijają się z hukiem o ścianę. Skręcam w lewo, w stronę ogromnego parku. Idę najszybciej jak się da. Łzy zdążyły mi już wyschnąć, a większość wytarłam. Teraz nie jestem smutna, tylko zła. Kolejny raz to zrobił. Czuję, że León cały czas za mną idzie. Nie mam pojęcia co się stało z całym śniegiem. Nie ma po nim śladu. Nie jest nawet tak zimno jak niedawno. Po paru minutach zwalniam, ale się nie zatrzymuję.
- Długo masz zamiar jeszcze iść? - słyszę za sobą zażenowany głos chłopaka.
- To po co w ogóle za mną idziesz? - mówię, patrząc w niebo.
Jestem tak bardzo zirytowana zachowaniem Leóna, że to mnie już męczy. On nie ma swojego życia? Zawsze musi być tam gdzie ja? Nie rozumiem go. Cholera nie rozumiem go, bo niby ma na mnie wywalone, a nic nie mogę zrobić bez jego zgody i nadzoru. Kiedy zerkam na niebo, zauważam, że chmury są już bardzo ciemne i słyszę delikatne grzmienie.
Świetnie.
Kiedy mam zamiar wyjąć telefon, orientuję się, że zostawiłam torebkę w szpitalu. Wybornie. Teraz jestem sama w środku parku z dupkiem Leóna, który uczepił się mnie jak rzep do ogona. Nagle ktoś łapie mnie za ramię, na co się wzdrygam. Zatrzymuję się, a przede mną stoi León z kamiennym wyrazem twarzy.
- Co?! - wykrzykuje, ponieważ już nie mogę wytrzymać i wybucham.
Nie potrafię więcej trzymać w sobie.
- Można wiedzieć dokąd zmierzasz? - León unosi brwi i czeka na odpowiedz z zadziwiającym spokojem.
- Można wiedzieć dlaczego się mnie uczepiłeś? - uśmiecham się chamsko, przechylam głowę na bok i splatam ręce na piersi.
Nie odpowiada. Dlaczego ja się jeszcze do tego nie przyzwyczaiłam? Parskam śmiechem, wymijam chłopaka i idę dalej.
- Czekaj. - mruczy pod nosem i znowu staje przede mną.
Niebo jest już całkiem szare i słychać coraz głośniejsze grzmoty. Gdzieniegdzie widać pojawiające się co jakiś czas zygzaki, które rozjaśniają niebo. Przeraża mnie taki widok, ale się nie boję. Patrzę na chłopaka z zażenowaniem i czekam aż skończy swoją żałosną gadkę.
- Czemu to zrobiłaś?
- To, to znaczy co?
- Zawsze jesteś taka denerwująca? - León marszczy brwi.
- A ty zawsze jesteś kretynem? - ponownie splatam ręce.
Na skórze zaczynam czuć delikatne uderzenia malutkich kropelek wody. Jeszcze tylko deszczu brakuje.
- Ja jestem kretynem? To ty się zachowujesz jak zołza. Nie posłuchałaś mnie i teraz dzieje się co się dzieje. - wiem, że chodzi mu o to, że miałam się nie zbliżać do Thomasa, ale kim on jest że będzie mi mówił jak mam żyć? Na nieszczęście zaczyna padać deszcz. Na szczęście delikatny.
- Nie będziesz mi mówił jak mam żyć! - wymachuję rękami i unoszę głos.
- A ty nie będziesz chodzić do tego kutasa! - León pokazuje ręką w stronę szpitala, a mi nerwy zaczynają puszczać.
Deszcz staje się na tyle mocny, że po chwili jesteśmy już cali mokrzy. Nikogo w parku nie ma, prócz nas.
- Przestań go tak nazywać! - cofam się lekko.
- Jesteś naiwna. - chłopak śmieje się pod nosem.
- Słucham?
- Jesteś naiwną, małą dziewczynką! - mówi to tak głośno, że ludzi z końca parku mogliby go usłyszeć.
- Daj mi spokój! Zapamiętaj sobie, że nie jestem twoją własnością i nie będziesz decydował za mnie! - ostrzegam go.
- Ach tak? Założymy się?!
- Daj mi spokój i nie wtrącaj się do moich spraw i mojego życia. Czy ja Ci coś zrobiłam? - patrzę na niego z dołu, ponieważ bez obcasów nie jestem już taka wysoka.
- Dużo zrobiłaś.
Przyglądam mu się bardzo dokładnie. Jego przemoczone od deszczu włosy opadają mu na czoło. Jego skóra perfekcyjnie wygląda pokryta kroplami wody, które spływają po jego twarzy. Ma śliczne oczy.
Stop!
- O co Ci chodzi?! Wiesz co? Mam dość tego, że ingerujesz w moje życie. Zostaw mnie w spokoju i niech każdy żyje swoim życiem. Ty pójdziesz w swoją stronę a ja pójdę w swoją. - wykrzykuję na cały głos.
Niepodziewanie chłopak przyciąga mnie do siebie i składa pocałunek na moich ustach.W brzuchu czuję miliony motylków, a czas jakby stanął w miejscu. Nie wierzę, że to się właśnie dzieje. Nie zwracając uwagi na deszcz, stoimy pośrodku alei, całując się. León trzyma jedną rękę na moim policzku, a drugą na biodrze. Nie mogę się ruszyć. Nogi w jednej sekundzie robią się jak z waty, a temperatura wzrasta o 180 stopni. Nigdy nie czułam czegoś takiego.


~ jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz ~

Notka: Przepraszam, że taki krótki ale chciałam już coś wstawić. Xx

Rozdział 43.

- Rusz się. - Francesca zaczyna mnie ciągnąć.
- Nie. - sprzeciwiam się i stoję w miejscu.
- Rusz! Się! - dziewczyna mocniej mnie pociąga i już idę obok niej do budynku.
Kiedy jesteśmy coraz bliżej, ja mam z każdym krokiem większą ochotę zwymiotować. Podchodzimy do drzwi, próbując zachować spokój. Niestety zaczyna się dziać to czego się obawiałam.
- Myślałaś, że mnie zamkną? - parska i kręci głową.
- Nie zbliżaj się do mnie. - łapię za klamkę, ale chłopak chwyta mnie za nadgarstek.
Zbliża się do mnie i zaczyna szeptać.
- Ze mną nie jest tak łatwo. - puszcza mi oczko, a ja nie wytrzymuję.
- Jak możesz?! Jak możesz to robić? - wykrzykuję. - Napadasz na ludzi kiedy tylko Ci się podoba! Nie przejmujesz się tym, że mogłeś go zabić?!
- Ostrzegałem Cię. Tego chuja też, ale najwidoczniej nie posłuchał. - León zaśmiewa się pod nosem, a mi skacze ciśnienie.
Nie jestem smutna, jestem teraz zła. Zdenerwowana i cała w nienawiści.
- Czego ty chcesz?! - patrzę mu prosto w oczy i czekam na odpowiedź, ale słyszę tylko mocny wiatr.
León marszczy brwi i patrzy się na mnie z góry. Nie reaguje więc powtarzam moje słowa, ale nadal nic. Powinnam się do tego już dawno przyzwyczaić.
- Masz takie nudne życie, że zatruwasz moje? Co? Będziesz teraz bił każdego kto będzie obok mnie stał? - łzy zaczynają napływać mi do oczu i nie umiem tego powstrzymać, ponieważ naprawdę nie chcę się teraz rozpłakać, no ale niestety emocje biorą górę.
- Zamknij się. - chłopak zaczyna mnie szarpać.
Zaczynam krzyczeć i próbuję się wyrwać ale nic z tego. Na pomoc rusza Francesca, która jest świadkiem całego zdarzenia.
- Puść ją! - dziewczyna zaczyna szarpać chłopaka, ale on jest o wiele silniejszy od nas dwóch razem wziętych.
Kiedy próbuję wydostać rękę z uścisku, León dziwnie wygiął rękę, tym samym uderzył Francescę w szczękę. Nie wytrzymuję i również daję mu w twarz. Chłopak dotyka czerwonego policzka i bierze zamach. Jednak ktoś łapie jego rękę.
- Nie nauczyli Cię, że kobiet się kurwa nie bije? - Diego stoi za Leónem cały zdenerwowany.
Ma poważną minę, a ja w głębi dziękuję Bogu, że on tutaj jest. Ściska rękę chłopaka, a ten patrzy na niego jakby miał ochotę go zabić. Ale to przecież przyjaciele prawda? Nic by sobie nie zrobili. Dotykam miejsca gdzie León mnie trzymał i poruszam delikatnie nadgarstkiem.
- A ty co? - León wyrywa się z uścisku i robi krok w stronę Diego. - Jesteś jej obrońcą?
- A ty co? Jesteś damskim bokserem? - chłopak mówi z uspakajającą mnie pewnością siebie i nie rusza się z miejsca.
- Diego, nic się nie dzieje. - odzywam się i próbuję nie dopuścić do powtórki z rozrywki.
Jest ciemno, nic nie widać, a oświetlają nas tylko trzy latarnie. Francesca stoi bardzo blisko mnie, ale czuję, że też nie jest już tak przestraszona jak przed chwilą odkąd Diego tu jest.
- Oczywiście, że nic się nie dzieje. - León zerka na mnie kątem oka i parska śmiechem, a we mnie się gotuje.
- Lepiej będzie jak stąd pójdziesz. - Diego zwraca się ponownie do chłopaka, a ten tylko rzuca mu mordercze spojrzenie i odwraca się w naszą stronę.
- Zakochałeś się w niej? - ponownie powraca do Diego i czeka na odpowiedź.
Wszystkie wspomnienia wracają. Diego zrobił się blady, a mi jest niedobrze. Niedawno wyznał mi, że mnie kocha, ale jakoś nie drążyliśmy tego tematu. Niestety León musiał wtrącić swoje parę słów.
- Daj spokój. - mówi niskim tonem i skanuje chłopaka od góry do dołu. - León rezygnuje i odwraca się do nas.
- Niech chłoptaś spróbuje jeszcze raz szczęścia, a następnym razem szpital nie będzie konieczny. - León zbliża się niebezpiecznie blisko mnie, zerka na Francescę, po czym odchodzi.
- Skąd ty. - mówię to tak cicho, że prawie nie słyszałam samej siebie, a co dopiero Fran i Diego.
Odrzucam od siebie wszystkie myśli i wchodzę do budynku.
- Violetta! - Francesca krzyczy za mną i wchodzi do środka, a Diego za nią.
- Zostawcie mnie. - mówię stanowczo i szukam klucza w torbie.
Grzebię jak opętana, przewracam wszystko, a klucza nie ma. Francesca podchodzi do mnie i wkłada klucz do zamka, uśmiechając się do mnie. Ignoruję to i wchodzę od razu do pokoju. Zatrzaskuję za sobą drzwi, zapominając o tym, że Fran i Diego nadal tam stoją. Rzucam torbę na podłogę i siadam na kanapę. Zdejmuję od razu buty i kopię je pod ścianę. Szybko zdejmuję kurtkę i rzucam ją za siebie. Spuszczam głową i patrzę w podłogę. Próbuję się uspokoić, ale nic z tego. Drzwi do pokoju się otwierają, a Francesca i Diego powoli wchodzą do środka. Ponownie patrzę w podłogę i podtrzymuję rękami głowę, tym samy włosy nie wpadają mi do oczu. Czuję, że się na mnie patrzą. Wstaję i podchodzę do butów, które przed chwilą kopnęłam. Podnoszę je i odstawiam na miejsce. Następnie zaczynam zbierać wszystkie rzeczy, które wypadły mi z torby, kiedy rzuciłam nią o podłogę. Kucam i wrzucam przedmioty do środka.
- Przepraszam. - podnoszę szczotkę i puder, który jakimś cudem przeżył upadek i się nie skruszył.
Nie patrzę na nich tylko zajmuję się zbieraniem kawałków zamknięcia szminki, które niestety uległo zniszczeniu i do niczego się nie nadaje, tak samo jak moja ulubiona różowa szminka, która jakimś cudem złamała się. Nie rozumiem jak to możliwe no ale dobra. Stało się i nic nie poradzę. Tylko szkoda bo często jej używałam, a taki odcień widziałam jak na razie tylko w jednym sklepie w Madrycie. Nikt nie odpowiada, ale czuję, że ktoś jest obok mnie z dwóch stron. Kiedy zerkam w jedną stronę - Fran zgarnia kawałki plastiku spod toaletki, a Diego dziwnie stoi do mnie tyłem i się nie odwraca. Wstaję i mu się przyglądam. Francesca po chwili robi to samo. Zerkamy na siebie z dziewczyną, po czym się odzywam.
- Diego? Coś się stało?
Głowa chłopaka automatycznie się podnosi, ale nadal stoi tyłem.
- Co? Nie, nie. - znowu patrzy w dół i coś robi z rękami.
- Diego, co tam masz? - podchodzę bliżej.
Chłopak odwraca się ale ręce trzyma z tyłu. Widać, że jest zdenerwowany. Nie wiem o co mu może chodzić? Stało się coś?
- Nic. - zaprzecza, jednak wiem, że coś jest nie tak.
- Pokaż.
- Nie. - protestuje i spuszcza wzrok.
- Diego. - nalegam.
Chłopak wydaje z siebie dźwięk zażenowania i wyciąga rękę przed siebie. Trzyma w niej mój telefon. Zerkam na niego i biorę od niego moją własność. Kiedy spoglądam na ekran, nogi mi się uginają. Cały ekran jest stłuczony. Nie ma miejsca, gdzie ekran byłby cały. Odwracam telefon i tył także jest zniszczony. Oczy robią mi się jak monety. Od razu próbuję włączyć telefon, ale bez skutku.
- Nie wierzę. - mówię cicho i kręcę głową z niedowierzania.
- Matko. - Francesca kładzie dłonie na usta i przygląda się zniszczonemu przedmiotowi.
- Próbowałem go włączyć. - Diego się tłumaczy, ale szybko mu przerywam.
- Okej. - sztucznie się uśmiecham.
Mam ochotę uderzyć głową o ścianę. Nie wierzę, że tak załatwiłam komórkę. Nawet nie pomyślałam rzucając torbą, że tam jest telefon. Zamiast włożyć go do kurtki to ja musiałam do torby i oczywiście musiałam rzucić torbą tak, że wszystko wypadło. Odkładam bezradnie telefon na stolik i siadam na łóżku Fran.
- Stało się. - wzruszam ramionami i głośno wzdycham.
- Wszystko okej? - Fran stoi obok Diego i mnie obserwuje.
- Nic nie jest okej, ale nie chcę o tym gadać. - mówię oschle i bawię się bluzką.
- Zawsze możesz na mnie liczyć, wiesz o tym prawda? - Fran siada obok i łapie mnie za dłoń.
- Na mnie też. - Diego podchodzi i kuca przy mnie. - bierze moją drugą dłoń i się uśmiecha.
Rzucam im przyjazny uśmiech i siedzimy jakąś chwilę w ciszy. Zerkam na budzik Fran i widzę, że jest po pierwszej w nocy. Biedny Thomas. Tak bardzo mi go szkoda. Zastanawia mnie to, jak Leónowi udało się wyjść z komisariatu tak szybko? Nie zatrzymują ludzi za takie uczynki? Pobił go, wyszedł na wolność i jeszcze miał czelność przyjść tutaj i się awanturować. On jest psychicznie chory. Ja się go zaczynam bać. Jego zachowanie nie jest normalne. Nie wiem o co mu może chodzić, a on jeszcze utrudnia sprawę, bo zachowuje się jak psychol, a nie chce nic powiedzieć dlaczego to wszystko robi. To jest straszne, a ja zaczynam czuć lekki strach przed Leónem.

***
- Jedziesz do niego? - Francesca nakłada cień na powieki.
- Tak, zaraz ma operację. Chcę przy nim być kiedy się obudzi. - zasuwam kurtkę i pooprawiam włosy.
- Mam nadzieję, że on nie.
- Przestań. - karcę ją i zamykam oczy. - Lecę.
Wychodzę z pokoju i zamawiam taksówkę. Minęły dwa dni od przykrej sytuacji na koncercie. Operacja Thomasa miała być wczoraj, ale niestety przywieźli kilka osób z wypadku i wszystkie sale były zajęte. Na szczęście dzisiaj operacja się odbędzie i to za kilka minut. Chcę tam być kiedy będzie po wszystkim mam nadzieję, że wszystko będzie dobrze. Nie wybaczę sobie jeśli Thomasowi coś się stanie. Taksówka przyjeżdża po kilku minutach.
Kiedy jestem już przed szpitalem, ściska mnie w żołądku. Wchodzę do środka i od razu kieruję się w stronę sali, w której operowany jest Thomas. Siadam na niebieskim, plastikowym krzesełku i zdejmuję kurtkę, ponieważ jest bardzo gorąco.
Po około trzech godzinach czekania, znana mi twarz wychodzi z sali. Doktor staje przede mną i zaczyna tłumaczyć, że operacja się zakończyła.
- Czy on? - pytam niepewnie.
- Z pacjentem wszystko w porządku. - lekarz szeroko się uśmiecha.
Czuję wielką ulgę. Na szczęście nie było żadnych powikłań. Operacja trwała prawie cztery godziny. Thomas miał coś z wątrobą, ale byłam zbyt szczęśliwa aby wsłuchiwać się dokładnie o co chodziło. Lekarz nie pozwalał mi się widywać z Thomasem przez kilka dni, ponieważ był w śpiączce. Codziennie jeździłam do szpitala, z nadzieją, że Thomas się wybudził i pozwolą mi do niego wejść, ale za każdym razem wychodziłam ze szpitala z niczym.
Po kilku dniach zadzwonili do mnie ze szpitala, że Thomas się wybudził. Byłam tak podekscytowana i szczęśliwa, że zaczęłam krzyczeć do słuchawki, zapominając, że po drugiej stronie jest obca osoba. Natychmiast wybiegłam z akademika i udałam się do szpitala. Założyłam moje zamszowe kozaki na płaskiej podeszwie, żeby szybciej się przemieszczać, nie łamiąc sobie przy tym nóg. Pobiegłam od razu do lekarza Thomasa.
- Dzień dobry. - wchodzę do przytulnego gabinetu.
Zamykam delikatnie drzwi, a doktor prosi abym usiadła. Robię to o co prosi i czekam aż coś powie.
- Pacjent wybudził się jakiś czas temu. Jest jeszcze w szoku ale wszystko jest jak na razie w porządku.
- Całe szczęście - uśmiecham się szeroko i nie mogę się już doczekać kiedy zobaczę Thomasa.
- Tak, pacjent będzie potrzebował jeszcze rehabilitacji ale jesteśmy dobrej myśli
- Mogę go zobaczyć? - próbuję udawać, że jestem spokojna ale z trudem powstrzymuję emocje.
- Nie. - wszystko w żołądku mi się skręca.
Odwracam głowę, a doktor wychyla się i obydwoje patrzymy się ze zdziwieniem na przyglądającego się nam Leóna, który stoi w drzwiach cały zdenerwowany.
Nie wierzę, że to się dzieje.


~ jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz ~

Notka: Przypominam także o obejrzeniu zwiastuna do fanfiction: klik
Przepraszam za błędy. Xx + każdy kto czyta zostawia jakikolwiek komentarz! ♥
Buziaki xx

Rozdział 42.

Thomas podnosi się z ziemi i patrzy się na chłopaka. Ja jak stałam tak stoję i nie potrafię się  odezwać. Wszyscy wokół patrzą się na nas zamiast podziwiać śpiewających ludzi.
- Nie słyszałaś? - chłopak się powtarza.
Spoglądam na Thomasa, który bierze duży zamach. León jednak jest szybszy i pięścią uderza Thomasa w brzuch, na co chłopak upada na ziemię i jęczy z bólu. Ludzie zaczynają krzyczeć,ale Leóna to nie powstrzymuje przed zadaniem kolejnego ciosu. Kopie chłopaka w brzuch parę razy. Próbuję go odepchnąć, ale nic z tego.
- Przestań! - krzyczę, a łzy spływają mi po policzkach jedna za drugą.
Chłopak nie reaguje. Kilku mężczyzn próbuje go obezwładnić, jednak on jest od nich silniejszy i ich odpycha. Kiedy po raz kolejny Thomas dostaje w plecy, nie wytrzymuję.
- Błagam! - szlocham i łapię Leóna za rękę.
Chłopak spogląda na mnie i momentalnie rozluźnia mięśnie. Odsuwa się od chłopaka i patrzy mi prosto w oczy. Nie ma już w nich gniewu tylko jakąś pewną niewinność, która mnie rozwala od środka. Utworzyło się między nami koło. Zespół przestał grać i wszyscy skupili się na nas. Chwilę po tym przy chłopaku jest już kilku mężczyzn z bronią. Krzyczą żeby podniósł ręce do góry, ale on nic nie robi. Dwóch mężczyzn wyjmuje broń i kieruje nią w chłopaka. Puszczam jego kurtkę i cofam się delikatnie do tyłu, po czym kucam przy rannym Thomasie i próbuję złapać z nim jakiś kontakt.
- Thomas, słyszysz mnie? - lekko potrząsam chłopakiem, ale bez skutku.
- Pierdol się! - słyszę zza pleców Leóna.
Dwóch policjantów zakłada mu kajdanki, a on ich cały czas wyzywa. Grozi, że to dopiero początek, że zabije ich wszystkich. Coś w niego wstąpiło. Podbiega do mnie mężczyzna w czerwonym kombinezonie. Sprawdza Thomasowi puls, po czym stwierdza, że oddycha ale źle z nim. Prosi mnie o odejście, więc wstaję i odsuwam się tak jak prosi. Policjanci wyprowadzający Leóna w kajdankach mijają się z dwoma mężczyznami ubranymi identycznie jak kobieta klękająca przy Thomasie. Trzymają żółtą deskę, na którą po chwili kładą nieprzytomnego Thomasa. Jestem cała spłakana i przemarznięta. Thomas leży przykryty złotą folią aluminiową, na twarzy ma maskę tlenową. Ludzie robią przejście dla ratowników medycznych. Zaczynam iść za nimi i wypytuję się o wszystkie możliwe rzeczy. Kiedy jesteśmy już przy karetce, kierowca otwiera drzwi i wkładają chłopaka do środka.
- Mogę z wami jechać? - dopytuję się i patrzę na ratowniczkę.
- Nie, ale może Pani pojechać do szpitala i tam się czegoś dowiedzieć. - odpowiada mi kobieta, zamykając drzwi.
- Do którego szpitala go zabieracie?
- Na Kwiatową.
Kiwam tylko głową i obserwuję odjeżdżającą karetkę. Nie mogę uwierzyć w to co się stało. León po raz kolejny pokazał na co go stać. Czy on naprawdę nie zdaje sobie sprawy z tego jakie mogą być konsekwencje jego czynów? Bije ludzi ot tak i nic sobie z tego nie robi. Nie przejmuje się, że może kogoś zabić lub trafić do więzienia. Czasem mam wrażenie jakby był o mnie zazdrosny, ale to tylko moje myśli i nic więcej. Na razie muszę szybko jechać do Thomasa. Wybieram numer taksówki i podaję adres. Czekam mniej więcej pięć minut. Wsiadam do auta i proszę o dojazd do szpitala. Jadąc przez miasto przypatruję się ludziom przechadzającym się po ulicy. Zaczął padać śnieg, a lampy pięknie ozdabiają ulice. Złote dekoracje i kolory idealnie podkreślają porę roku i śnieg. Wycieram chusteczką nos i łzy z policzków. W radiu leci Fuckin' Perfect P!nk. Zaczynam nucić sobie refren co zauważa kierowca.
- Coś się stało?
- Nie. - odpowiadam ze sztucznym uśmiechem.
- Ma Pani piękny głos. - mężczyzna zerka w lusterko i kieruje wzrok na mnie.
- Dziękuję, to miłe. - tym razem sama z siebie się uśmiecham do sympatycznego mężczyzny.
- Kiedyś będzie Pani znana.
- Nie sądzę, ale dziękuję.
Resztę drogi jedziemy w ciszy. Po trzech minutach taksówka zatrzymuje się przed szpitalem. Płacę kierowcy i wybiegam z samochodu. Szybkim krokiem idę do recepcji i pytam młodą kobietę o Thomasa.
- Tak, leży na oddziale intensywnej terapii. - kobieta zerka w zeszyt.
- Gdzie dokładnie to jest? - poprawiam kurtkę i pociągam nosem.
- Drugie piętro. - Angie, bo tak ma na plakietce, uśmiecha się do mnie szeroko.
- Dziękuję Pani bardzo.
Biegnę w stronę windy i wybieram przycisk z dwójką. Kiedy jestem już na właściwym piętrze, szukam osoby, która udzieli mi informacji. W końcu zauważam pielęgniarkę. Podchodzę do niej i pytam o chłopaka.
- Przepraszam! - krzyczę za plecami kobiety.
Odwraca się od razu i się uśmiecha. Wow. Wszyscy tutaj się uśmiechają.
- Tak?
- Przywieziono tutaj młodego chłopaka po pobiciu. - próbuję nerwy przerzucić na rękawy kurtki.
- Um, tak. Leży w tej sali. - kobieta wskazuje drzwi po lewej stronie z numerem sześć na drzwiach.
Dziękuję jej i od razu wchodzę do środka. Zastaję tam lekarza, która natychmiast mnie wygania. Nie pozwala mi zostać w środku, więc wracamy na korytarz.
- Co się dzieje? - marszczę brwi i czekam na odpowiedź.
- Jest Pani kimś z rodziny? Jeżeli nie, to nie mogę udzielić Pani informacji. - niski mężczyzna o siwym zaroście, bierze teczkę pod ramie i poprawia okulary, które ledwo utrzymują się mu na nosie.
- Jestem jego dziewczyną. - to było pierwsze co przyszło mi do głowy.
Gdybym tego nie powiedziała to niczego bym się nie dowiedziała. To było jedyne wyjście. W sumie mogłam powiedzieć, że jestem siostrą czy coś w tym stylu ale nie miałam czasu na przemyślanie za kogo z jego rodziny powinnam się podać.
- Nie będę Pani oszukiwał. - lekarz spuszcza wzrok, a mi robi się coraz bardziej ciasno w żołądku. - Stan Pani chłopaka jest krytyczny.
Łzy napływają mi do oczu, a w gardle formuje się gula. Czuję jak miękną mi nogi, a ręce zaczynają się trząść. Próbuję zachować spokój, ale bardzo mi trudno. Widzę, że to nie wszystko i czekam na więcej informacji.
- Doznał wielu zewnętrznych jak i wewnętrznych urazów.
- Wewnętrznych? - oczy otwierają mi się szerzej.
- Podczas bójki została uszkodzona wątroba. Doszło także do złamania obu żeber. Pacjent przejdzie poważną operację, zagrażającą życiu.
Nagle uderza mnie fala zimna. Czuję, że opadam i nie mam na nic siły. Ostatnie co widzę to łzy kapiące na moją rękę.

***
- Halo? Proszę Pani? - czuję, że ktoś mną potrząsa. - Słyszy mnie Pani?
Otwieram powoli oczy. Nade mną stoi ten sam lekarz, z którym rozmawiałam. Zauważam, że znajdujemy się w kompletnie innym miejscu. Czuję, że leżę i nie wiem co się ze mną w ogóle dzieje. Podnoszę się delikatnie i zaczynam się rozglądać. Jestem w małym, przytulnym pokoju. 
- Gdzie ja jestem? - kiedy ruszam głową, zaczynam czuć straszny ból. 
Łapię się za tył głowy i jęczę z bólu. Nie wiem co się dzieje. Boli mnie głowa, z czoła spada mi zimny ręcznik, a obok stoi lekarz, który przygląda mi się cały czas. 
- Co się stało? - zadaję kolejne pytanie.
- Zemdlała Pani. 
- Och. - poprawiam włosy. - Muszę zobaczyć się z Thomasem. 
Wstaję szybko i kieruję się w stronę drzwi, ale mężczyzna mnie zatrzymuje. Opowiada mi, że nie można teraz odwiedzać. Wzdycham tylko głęboko i rezygnuję. Po chwili do pokoju wbiega zdenerwowana pielęgniarka. 
- Doktorze! Pacjent z szóstki się zatrzymał. - wtedy zatrzymało się także moje serce.
Wiedziałam, że chodzi o Thomasa. Lekarz od razu wybiegł z sali, a ja zaraz za nim. Szybko pobiegliśmy do sali, w której leży Thomas. Lekarze od razu zaczęli reanimować Thomasa, a ja zaczęłam płakać. Pielęgniarki wyprowadziły mnie z sali. Z trudem ale jakoś im się udało. Zamykają przede mną drzwi, a ja bezradna opieram się o ścianę i powoli opadam. Skulam się i zaczynam szlochać. Nie wierzę, że to się wszystko dzieje. Wyjmuję z kurtki telefon i wybieram numer Francesci. Dziewczyna na szczęście od razu odbiera.
- Halo?
- Fran, możesz do mnie przyjechać? - wycieram oczy, tym samym rozmazując sobie resztki tuszu.
- Violetta? Czy ty płaczesz? Co się stało? - w jej głosie słychać, że zaczyna się denerwować.
- Przyjedź do szpitala na Kwiatowej. 
- Do szpitala? Violetta co się dzieje? - Francesca unosi ton.
- Jestem na drugim piętrze. - po tych słowach rozłączam się i słyszę tylko kawałek wypowiedzianego mojego imienia prze dziewczynę. 
Siedzę sama na korytarzu i zaczynam się zastanawiać co dzieje się w środku. Uratują go? Nie wybaczyłabym sobie gdyby tego nie przeżył. Mam w sobie tyle emocji na raz. Złość, smutek, nienawiść, bezradność. To wszystko dzieje się przeze mnie. Gdybym nie zgodziła się wyjść z Thomasem, nie doszłoby do tego. Nie powinnam zostawiać tak obojętnie tej kartki, którą znalazłam u Thomasa w aucie. Powinnam od razu pójść na policję, a wtedy nic by się nie wydarzyło. Ale nie, ja musiałam być debilką i wyrzuciłam kartkę jak gdyby nigdy nic. Siedzę jakieś dwadzieścia minut na podłodze, aż w końcu słyszę głos Francesci. Dziewczyna biegnie w moją stron i kuca przy mnie.
- Co się stało? - przygląda mi się uważnie.
- Thomas jest ranny. Jego stan jest krytyczny. - zaczynam szlochać, a Francesca od razu mnie przytula. 
Próbuje mnie uspokoić, ale nie daję rady, kiedy dzieje się tyle rzeczy na raz. Głaszcze mnie po włosach i zaczyna spokojnie ze mną rozmawiać.
- Spokojnie. Powiedz mi co się stało. - patrzy mi prosto w oczy ze skupieniem. 
- Byliśmy na koncercie i nagle pojawił się tam León. - zatrzymuję się, żeby zbudować sensowne zdanie, a w moim stanie to trudne. - Zaczął go bić, kopać. - ponownie zaczynam płakać.
- Ale dlaczego?! Co on mu zrobił? - Fran najwidoczniej nie rozumie o co chodzi.
- Krzyczał, że nie ma prawa się do mnie zbliżać i że się go nie posłuchał i spotkał się ze mną. - wycieram kolejne łzy spływające po moich policzkach.
- Kiedy mu groził?
Biorę głęboki wdech i wydech. 
- Powiedział mi to niedawno. Groził, że jeżeli spotkam się z nim jeszcze raz to urządzi go gorzej, niż wtedy, kiedy go pobił pierwszy raz.
Cholera.
Francesca robi wielkie oczy i odsuwa się delikatnie. 
- Co?
Nie wierzę, że to powiedziałam. Jak mogłam się tak wydać? A raczej wydać Leóna. Nadal siebie nie rozumiem. Niby krzywdzi Thomasa, nienawidzę go, a nie chcę go wydać. 
- Violetta. - nalega.
- To León pobił Thomasa. 
- Skąd o tym wiesz? - wstaje na równe nogi, a ja razem z nią.
- Pow. - przerywa mi dźwięk otwierających się drzwi.
Momentalnie odwracamy razem z Fran głowę i widzimy jak wszyscy wychodzą z sali z bladymi twarzami. Obawiam się najgorszego.
- Panie doktorze, co z nim? - patrze wyczekująco na mężczyznę, ale ten milczy.
- A co ma być? - wtrąca się Francesca.
- Reanimowaliśmy pacjenta przez czterdzieści minut. Na szczęście udało nam się przywrócić rytm serca i sytuacja jest opanowana. - odzywa się lekarz, a ja od razu czuję wielką ulgę. - Niech się Pani nie martwi. Stan Pani chłopaka jest nadal zły ale stabilny. - wstrzymuję powietrze i nie umiem nic powiedzieć.
Lekarz tylko się uśmiecha i zostawia nas same na korytarzu. Francesca unosi brew i patrzy na mnie tym swoim wzrokiem, którego tak nie cierpię.
- Chłopak? - splata ręce na piersi.
- Musiałam coś wymyślić, bo nie podaliby mi informacji na jego temat. - tłumaczę się.
- Aaa. - mówi to tym swoim denerwującym tonem.
- Przestań. - karcę ją.
- Nic nie mówię. - unosi ręce w geście obrony. - Jedźmy do akademika. - kładzie rękę na moim ramieniu.
- Nie. Nigdzie się stąd nie ruszam. - mówię stanowczo.
- I tak tutaj nic nie zdziałamy. Przyjedziemy tutaj jutro, może będzie z nim lepiej, a poza tym i tak nie możemy wchodzić. 
- Co? Skąd wiesz? - skąd ona to może wiedzieć? 
- Odwróć się. - instruuje mnie.
Robię to o co prosi, a mój wzrok przykuwa czerwona kartka z białym napisem nie wchodzić. Odwracam się z powrotem w stronę dziewczyny i patrzę na nią złowrogim spojrzeniem. 
- Pielęgniarka przyczepiła, kiedy wychodziła. - dziewczyna puszcza mi oczko i się uśmiecha.
Wywracam oczami i też się uśmiecham, czego nie robiłam przez kilka ostatnich godzin. Wychodzimy ze szpitala i zamawiamy taksówkę. Franc podaje mi chusteczki do wytarcia oczu i ogólnie całej twarzy, która jest czerwona. Uśmiecham się tylko do niej w podziękowaniu. Taksówka przyjeżdża po kilku minutach. Podajemy adres akademika i wyjeżdżamy na drogę.
Po dotarciu pod podany adres, dziękujemy kierowcy i płacimy. Moja twarz wygląda już o wiele lepiej, niż pól godziny temu. Wysiadamy z taksówki i przechodzimy na drugą stronę ulicy. Niedaleko budynku zauważam znajomą mi sylwetkę. Kiedy postać się odwraca, ja momentalnie się zatrzymuję i nie mogę się ruszyć z miejsca. 
- Co jest? - pyta Fran i zerka na mnie zdziwiona.
- Jest tutaj. - patrzę przed siebie i ledwo mówię, prawie że szeptem.
- Kto? - dziewczyna odwraca głowę i tak samo zastyga. 


~ jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz ~ 

 Notka: Witam was wszystkich! Chciałam was tylko poinformować, że zaczęłam drugie fanfiction tym razem z Harrym Stylesem. Serdecznie zapraszam na drugiego bloga lub na mojego wattpada vanissia00. :) Komentujcie! ♥ + przepraszam za jakiekolwiek błędy :) xx



Rozdział 41.

- Kto to zrobił? - szepcze Francesca.
- Nie mam pojęcia. - kłamię.
- Proszę o ciszę. - odzywa się wykładowca.
Spoglądamy na siebie z Francescą porozumiewawczo i wracamy do rozwiązywania równań.
***
Przebieram się w szatni w strój do tańca razem z Fran i Camilą. Przełożyli nam zajęcia dodatkowe ze środy na piątek. Zakładam wygodne czarne trampki i związuje włosy w kitkę. 
- Co Thomas zrobił z samochodem? - Camila próbuje zrobić koka.
- Zadzwonił na policję. Nic więcej nie wiemy bo wróciłyśmy do środka. - Francesca zakłada bluzkę, a ja się tylko przysłuchuję.
- Kurcze, szkoda mi go. Najpierw pobicie, a teraz to. - komentuje Camila, a ja mam ochotę strzelić sobie w twarz za to, że wiem kto za tym wszystkim stoi i nic z tym nie robię.
Kończę zawiązywać buta i poprawiam szybko włosy.
- Idziemy? - próbuję odejść od tematu.
- Okej. - dziewczyny odpowiadają jednocześnie i zaczynają się śmiać.
Wychodzimy z szatni i kierujemy się w stronę sali do tańca. Po drodze rozmawiamy o kolejnym wypadzie za miasto z całą paczką. Kiedy jesteśmy już w sali, pani Paz jest już w środku. Zajmujemy miejsca z tyłu i słuchamy co będziemy dzisiaj robić. Po kilku minutach do sali wchodzi Federico, a za nim mój największy koszmar. Wywracam oczami, a on to zauważa. Ignoruję go jak tylko mogę, ale on na złość ustał dokładnie za mną. Czuję jego wzrok na sobie. 
- Dobrze. Violetta i Federico, możecie nam coś zatańczyć? - z zamyślenia wyrywa mnie pani Paz i jej słowa.
Zerkamy na siebie z Fede porozumiewawczo.
- Umm, to znaczy? - pytam niepewnie.
- Cokolwiek. Włączę wam muzykę a wy improwizujcie, dobrze?
- Okej. - wtrąca się Federico. 
Chłopak wstaje i podaje mi rękę, którą niepewnie chwytam. Idziemy na środek sali i czekamy na muzykę. Pani Paz podchodzi do magnetofonu i wybiera utwór.
- Tylko ma być namiętnie i seksownie. - w moim brzuchu zaczyna się wszystko przewracać na te słowa.
W głośnikach słychać już pierwsze dźwięki muzyki, więc razem z Federico zaczynamy tańczyć. Wszyscy się na nas patrzą, a mi robi się niedobrze, ponieważ nienawidzę kiedy ludzie się na mnie bardzo uważnie patrzą i obserwują każdy mój ruch. Tańczymy około dwóch minut, a na koniec Federico przez przypadek tak sądzę, dotyka mojej pupy. Nagle chłopaka nie ma już obok mnie, tylko jest przy ścianie, a przed nim stoi León, który trzyma go za koszulkę i dociska do ściany. 
- Nie waż się jej dotykać. - syczy León.
Pani Paz próbuje ich rozdzielić, ale nic z tego. Podbiegają do nich Andres i Jack z tego co pamiętam. Leóna niestety nie tak łatwo od kogoś odciągnąć. Ruszam szybko w ich stronę i staję obok nich. 
- Przestań! - krzyczę na Leóna, ale on nie reaguje. - Puść go! - próbuję odepchnąć Leóna, a on po chwili poluźnia uścisk i lekko się cofa.
Patrzy się na mnie, a ja z niedowierzaniem na niego. Jak on mógł?! Po raz kolejny zachował się jak psychol. Federico masuje pierś i podchodzi do okna. León spogląda na resztę grupy i z hukiem wychodzi z sali. Na dźwięk zatrzaskiwanych drzwi zamykam oczy i próbuję się uspokoić. Otwieram oczy i zauważam, że każdy się na mnie patrzy.
- Dobrze. To może przejdźmy do waszych piosenek, które mieliście przygotować. - pani Paz próbuje zmienić temat.
Staję obok Fran i Camili. Słuchamy jak inni śpiewają, ale wiem, że teraz dziewczyny najchętniej zaczęłyby mnie wypytywać o wszystko. Leóna nie ma już tutaj od dobrych piętnastu minut.
- Okej, dobrze, dziękuję Francesca. Ostatnia jest Violetta. Zapraszam. - pani Paz przechodzi na bok i robi mi miejsce.
Biorę gitarę do ręki i staję przed mikrofonem. Zaczynam grać na instrumencie, a po chwili śpiewać. 
His name is written all over my heart 
Like he fell from the stars
And when he says hello I can't deny
Szło mi bardzo dobrze, aż do czasu kiedy do sali nie wszedł León. Momentalnie przestałam śpiewać i tylko grałam w kółko to samo. León patrzył mi się prosto w oczy, a ja nie mogłam wydusić z siebie żadnego słowa. Jednak chwilę po tym ocknęłam się i dalej śpiewałam moją nudną piosenkę.
That I want him to be mine
The more I get to know him
Well the more I cannot hide
That he's on my mind every day
Kończę piosenkę i oddycham z ulgą, że udało mi się dokończyć. Spoglądam na Leóna, który się we mnie wpatruje i stoi przy ścianie. Wszyscy zaczynają klaskać, a pani Paz gratuluje mi występu. Odkładam gitarę i podchodzę do dziewczyn.
- Jeszcze jedna taka sytuacja, a zgłoszę pana do dyrektora uczelni panie Verdas. - odzywa się pani Paz do Leóna, a on tylko zaśmiewa się pod nosem i wkłada ręce do kieszeni spodni. 
- Idziesz jutro na koncert? - pyta mnie Fran, próbując poprawić kitkę.
- Tak.
- Z Thomasem? - wtrąca się Andres.
- Umm, tak. - biorę kilka łyków wody mineralnej. 
- Pasowalibyście do siebie. - Camila robi maślane oczy i przechyla głowę na bok.
- Jesteśmy tylko przyjaciółmi. - odkładam wodę i podchodzę do Federico.
- Violetta, Federico, mogę was na chwilę prosić? - pani Paz zerka na nas, a ja od razu kieruję wzrok na Leóna, który jest już zdenerwowany.
Podchodzę z Federico do pani Paz i słuchamy jej propozycji.
- Słuchajcie. Za miesiąc jest konkurs taneczny dla par. Pomyślałam, że wy dwoje idealnie się nadajecie. 
Wymieniam się z Federico spojrzeniem i chwilę stoimy w ciszy.
- Ja bardzo chętnie. - uśmiecha się Fede.
Kiedy mam zamiar się odezwać, ktoś mi przerywa.
- Ona nie chce. - wtrąca się León, a ja zabijam go wzrokiem.
Federico i pani Paz patrzą się na Leóna jak na kogoś kto potrzebuje psychiatry. Chłopak podchodzi do nas bliżej i powtarza swoje słowa.
- Ona nie chce. - León marszczy brwi.
Mam ochotę go strzelić w twarz za to wszystko. Kim on jest, że będzie za mnie decydował i odpowiadał? 
- Nie jesteś moim adwokatem. - fukam na Leóna i z uśmiechem wracam do pani Paz.
- Z wielką chęcią. - rzucam jej przyjemny uśmiech i mam satysfakcję, ponieważ wiem że León teraz stoi za mną i jest mega wkurzony. 
Jakby mógł, to rozwaliłby wszystko co jest pod ręką. Nic nie mówi, ale wiem, że zaraz zrobi scenkę. 
- No to się cieszę. Za tydzień omówimy szczegóły. - Pani Paz się odwraca i zaczyna pakować swoje rzeczy do torby.
Przechodzę obok Leóna dumna z siebie i wychodzę razem z Fede, Andresem i dziewczynami z sali. W ciszy kierujemy się w stronę szatni. Chłopaki idą do męskiej, a my do damskiej. Zamykamy drzwi i zaczynamy się przebierać. Dziewczyny nawet nie próbują zaczynać tematu o Leónie, z czego bardzo bardzo się cieszę. Zakładam spodnie i buty. Kiedy zaczynam zdejmować lekko przepoconą bluzkę do do pomieszczenia wpada León. Camila ze strachu upuszcza butelkę z wodą, a Fran stoi jak słup z wytrzeszczonymi oczami. Szybko puszczam bluzkę, która ponownie opada na moje ciało i zaczynam awanturę. Wstaję z małej ławki i naskakuję na chłopaka stojącego na środku.
- Co ty sobie wyobrażasz? - wykrzykuję.
- Dlaczego się zgodziłaś? - odpowiada niskim tonem.
- Gówno Ci do tego, a teraz spieprzaj stąd! 
- Nic nie będziesz tańczyć, a na pewno nie z tamtym chujem. - León marszczy brwi, a we mnie się gotuje.
- Nie nazywaj go tak! To określenie pasuje do ciebie. - wymachuję rękami.
Widzę przestraszone dziewczyny, które stoją obok siebie przy ścianie. Wiem, że boją się Leóna. Właściwie to każdy się go boi. Oprócz mnie. Coś mnie rusza i daje mi odwagę żeby mu się postawić. Jakoś nie obawiam się, że mnie uderz czy wyzwie. Jeśli to zrobi to gorzko tego pożałuje. 
- Jest chujem i już Cię więcej nie tknie. - krzyczy chłopak, a ja nie wytrzymuję.
Robię zamach ręką i mam zamiar uderzyć chłopaka, ale on zatrzymuje moją rękę i ją lekko wykręca. Syczę z bólu i nie mogę się wyrwać. W tym samym czasie do środka wchodzi Federico razem z Andresem.
- Co jest? - Federico mierzy mnie i Leóna wzrokiem. - Puść ją. - podchodzi do Leóna.
- Obrońca. - chłopak zaśmiewa się pod nosem i niespodziewanie wymierza cios w szczękę chłopaka, tym samym puszczając moją rękę. Dziewczyny zaczynają krzyczeć, a Andres próbuje odepchnąć Leóna. Federico trzyma się za twarz, a ja szybko do niego podchodzę.
- Zostaw mnie w spokoju! Zostaw nas! - krzyczę, a w moich oczach zbierają się łzy.
- Co tu się wyprawia?! - do szatni wchodzi dyrektor uczelni i profesor Stone. 
Wszyscy kierujemy spojrzenia na dwóch mężczyzn. León od razu wychodzi,a Federico próbuje wybiec za nim, ale na szczęście zatrzymuje go profesor. 
- Wszystko w porządku? - odzywa się dyrektor.
- Nic nie jest w porządku. - szepczę.
***
- Co sądzisz? - trzymam przed sobą dwa cienkie swetry: biały i niebieski.
- Obojętnie. - jęczy Francesca.
Wywracam oczami i wybieram biały sweter. Szybko go zakładam i podchodzę do lustra. Zaczynam robić makijaż.
- Nie rozumiem po co się tak stroisz? Przecież i tak będziesz miała na sobie kurtkę i to jeszcze zapiętą, bo jest cholernie zimno. - Francesca nadal komentuje wszystko co robię.
- Ale chcę się dobrze czuć.
Dziewczyna tylko wzdycha i nic już nie mówi. Odchodzę od lustra i zakładam moje ulubione botki. Chwilę po tym słyszę pukanie do drzwi. Łapię za klamkę i otwieram drzwi. W progu stoi Thomas. Ubrany jest w czarne rurki i czarny płaszcz. Wpuszczam go do środka i podchodzę do szafy.
- Gotowa? - pyta mnie Thomas z uśmiechem.
- Tak. Możemy iść. - wyjmuję kurtkę z szafy i zakładam ją na siebie. 
Zamykając drzwi słyszę słowa Francesci.
- Tylko spokojnie tam gołąbeczki! 
Zaśmiewam się i zamykam drzwi. Szybkim krokiem udajemy się do samochodu chłopaka. Otwiera mi drzwi i czeka, aż wsiądę aby je zamknąć. Siada za kierownicą i zapala silnik. Wyjeżdżamy na drogę, a w radiu zaczyna lecieć piękna piosenka po francusku. 
- Za ile jest koncert? - zerkam na chłopaka.
Jest skupiony na drodze, ale odpowiada.
- Za jakieś 35 minut powinno się zacząć. Nie martw się. Zdążymy. - chłopak puszcza mi oczko i znowu patrzy się na drogę. 
***
- Panie przodem. - Thomas uśmiecha się szeroko i otwiera małą bramkę.
Odwzajemniam uśmiech i idę przed siebie. Wszędzie jest pełno ludzi. Czuć papierosy i wódkę. Wszyscy się pchają jakby królowa Anglii miała zaraz przyjść, a przecież to tylko różni ludzie będą śpiewać piosenki. Jesteśmy niedaleko sceny, bo Thomas przepychał się dobre pięć minut. Rozmawiamy o naszym kolejnym wypadzie za miasto z resztą ekipy i o zniszczonym aucie chłopaka. Dowiedziałam się jedynie tyle, że firma ubezpieczeniowa pokryje większość szkód i że nie znaleziono sprawcy. 
Ta.
Oni nie znaleźli, ale ja tak i nic z tym nie robię. Rozmawiamy jeszcze jakąś chwilę, kiedy w głośnikach zaczyna rozbrzmiewać muzyka. Wszyscy zaczynają bić brawo i gwizdać. Na scenę wchodzi młody chłopak, który zaczyna śpiewać Love Johna Lennona. Chłopak przedstawił się jako James. Ma naprawdę piękny głos, a jest bardzo młody. Wygląda mi na osiemnaście lat. Wszyscy na koniec jego występu zaczynają klaskać i krzyczeć, w tym i ja. Stoimy już tutaj jakąś godzinę, a na scenę wchodzi kolejny zespół tym razem. Śpiewają Imagine. Thomas delikatnie łapie mnie w pasie, a ja zaczynam się kołysać. Chwilę po tym ktoś puka Thomasa z tyłu. Odwracamy się jednocześnie, a chłopak kilka sekund po tym leży już na ziemi. 
- Chyba Ci kurwa powiedziałem, że masz się trzymać od niego z daleka! - León stoi przede mną cały blady i zdenerwowany, a ja nie jestem w stanie ruszyć się z miejsca.
~ jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz ~

Rozdział 40.

Idę najszybciej jak się da. Cały czas w głowie mam słowa Leóna, kiedy mi groził, że pobije jeszcze raz Thomasa i że mam się do niego nie zbliżać. Nie przejęłam się tym zbytnio, chociaż po Leónie mogę spodziewać się teraz wszystkiego. Jest na tyle bezczelny, że nawet nie jest mu przykro przez to co zrobił. Odwracam się ale Leóna już tam nie ma. Kieruję się w stronę przystanku autobusowego i wyjmuję telefon. Wybieram numer Maxiego. Chłopak po kilku sygnałach odbiera.
- Halo? - słyszę z drugiej strony słuchawki głos chłopaka.
- Hej Maxi. Słuchaj mam pytanie. - poprawiam kurtkę i ogarniam włosy, które są całe roztrzepane przez wiatr. 
- Wal śmiało.
- Możesz podać mi adres Diego? - pytam niższym tonem.
- A po co Ci? - Maxiego najwyraźniej zaciekawiło moje pytanie.
- Muszę z nim natychmiast porozmawiać. To bardzo ważne. 
- Okej. Tylko mu nie mów, że to ja Ci go podałem. Nie lubi jak ktoś do niego przyjeżdża i zna jego adres.
- Okej. 
Maxi podaje mi adres Diego, a ja go szybko zapisuję na ręce, ponieważ nie mogłam w torbie znaleźć kartki. Starsza pani, która stoi obok mnie przygląda mi się bardzo uważnie. Próbuję ją ignorować ale nie wychodzi mi to zbytnio. Kiedy kończę rozmowę zerkam na niską, starszą panią, która przy mnie, kiedy jestem w moich botkach, wygląda jak dziecko - jest taka niska. Nie odzywam się tylko wybieram numer i zamawiam taksówkę. Stoję około 5 minut, aż w końcu taksówka zatrzymuje się obok parkingu. Szybko wsiadam do auta i podaje kierowcy adres. 
Na miejscu jestem już po 10 minutach.  Płacę kierowcy i wchodzę do ładnego biało-niebieskiego, nowczesnego bloku. Wchodzę na drugie piętro i staję przed mieszkaniem numer 4. Niepewnie pukam do drzwi i czekam, aż ktoś otworzy. Po chwilicw prog pojawia się Diego. Jest najwyraźniej zaskoczony moją obecnością, w sumie ja tak samo. Ubrany jest w szare dresy i bordową koszulkę. Wygląda jakby dopiero wstał. 
- Hej. - w końcu się odzywam.
- Hej. - Diego mówi tak jakby nie mógł uwierzyć, że to ja tutaj naprawdę przed nim stoję.
- Mogę wejść? 
- Tak, tak. Pewnie, wchodź. Zapraszam. - Diego się rusza i przepuszcza mnie w drzwiach. 
Wchodzę do środka i od razu zastaję cały stół w pustych puszkach po piwie. Normalnie już dawno bym to sprzątała, ale nie mogę zapomnieć, że nie jestem u siebie i muszę się troszeczkę ogarnąć. Zdejmuję mokre buty i zdejmuję kurtkę, którą Diego powiesił na małym haczyku na ścianie. 
- Chodźmy może do salonu. - proponuje Diego, na co przytakuję. 
Podążam za chłopakiem, który cały czas się rozgląda na boki. Wchodzę do pokoju gościnnego, który zapiera dech w piersiach. Ściany są białe i wydają się być matowe, lekko srebrne. Jedna ściana jest w szarej tapecie w piękne wzory. Wisi na niej telewizor plazmowy. Podłoga jest biała, a na niej leży piękny kremowy, puszysty dywan. Na środku przed telewizorem stoi biała kanapa, a obok niej dwa fotele. Przy kanapie znajduje się również szklany stolik. Ma piękne, długie, przezroczyste zasłony, które sięgają aż do samej podłogi. Pokój jest przepiękny. Nowocześnie i pomysłowo urządzony. Nie mogę się pi prostu napatrzeć. 
- Siadaj. - odzywa się Diego i wskazuje ręką na kanapę.
- Dziękuję. - uśmiecham się lekko i zajmuję miejsce na wygodnej, dużej kanapie.
Diego robi to samo, tylko że siedzi w fotelu. Przygląda mi się, co jest bardzo stresujące, ponieważ ostatnio traktowałam go okropnie. 
- Chcę Cię przprosić. - w końcu wyrzucam to z siebie.
- Za co? - czy on żartuje?
Nasze ostatnie spotkania to były same kłótnie. 
- Za wszystko. Przepraszam, że źle Cię traktowałam. - czuję gulę formującą się w gardle, ponieważ boję się reakcji Diego.
- Przyszłaś tutaj sama z siebie?
- Nie... Dowiedziałam się, że to ktoś inny pobił Thomasa. - z nerwów bawię się palcami.
- Wiadomo kto? - pyta mnie Diego, na co ja postanawiam udawać głupią.
- Nie. Ale kamery zarejestrowały postać z długimi włosami. Podejrzewają, że to jakiś mężczyzna z długimi włosami. - co sekundę wypuszczam z siebie nowe, gorsze kłamstwo.
Nie wiem czy mi uwierzył, ale mam wielką nadzieję, że tak.
- Aha. Violetta słuchaj, jeśli chodzi o tą sprawę z tobą, okupiem i. 
- Jest okej. Było, minęło. - przerywam mu i próbuję się ładnie uśmiechnąć. 
- Przepraszam jeszcze raz. 
- To chyba ja powinnam Cię przeprosić za to jak Cię traktowałam. - spuszczam wzrok.
Diego wstaje z fotela i kuca przede mną. Unosi mój podbródek i patrzy mi się prosto w oczy. Zbliża się do mnie powoli, a ja niekontrolowanie zamykam oczy. Diego składa delikatny pocałunek na moim policzku. Otwieram oczy i ponownie nawiązujemy kontakt wzrokowy. Diego szeroko się uśmiecha, więc ja też to robię. Siedzimy tak jakąś chwilę, po czym chłopak siada obok mnie. 
- Chcesz coś do picia? - proponuje i wstaje z kanapy. 
- Sok, jeśli masz. - odpowiadam głośniej, ponieważ Diego wszedł do kuchni i może mnie nie usłyszeć.

***
- Naprawdę nie musiałeś mnie odwozić. Zamówiłabym taksówkę. 
- Wolałem mieć ten zaszczyt i Cię odwieźć. - Diego szeroko się uśmiecha i wysiada z samochodu.
Po chwili jest już po mojej stronie. Otwiera mi drzwi i pomaga wysiąść. Dziękuję mu i podchodzę do drzwi. 
- Jeszcze raz dziękuję. 
- Jeszcze raz powtarzam. To był zaszczyt. - Diego puszcza mi oczko, na co ja zaczynam chichotać. - No dobra, to leć. 
- Okej. Dzięki za wszystko. - przytulam się do chłopaka.
Kiedy Diego jest już przy samochodzie, jeszcze raz się żegnam i wchodzę do środka. Otwieram drzwi i delikatnie je zamykam. W pokoju jest ciemno. Postanawiam przemknąć się do mojego łóżka po ciemku u zapalić lampki na ścianie. Powoli próbuję znaleźć moje łóżko.
- Można wiedzieć gdzie byłaś? - odzywa się znajomy mi głos, na co aż podskakuję i wydaję z siebie cichy pisk.
W pokoju robi się jasno przez włączoną lampkę. Zauważam siedzącą Fran na łóżku z książką na kolanach. 
- Matko! Francesca! - wykrzykuję i dotykam dłonią czoło. 
Zamykam oczy i próbuję uspokoić oddech.
- Co?
- Wystraszyłaś mnie! - karcę ją. 
- Odpowiesz mi? - unosi brew.
- Byłam u Diego. - zdejmuję buty i kurtkę.
- Po co? 
- Nie ważne. Opowiem Ci jutro. - odstawiam buty i siadam przy biurku.
- Dlaczego czytasz książkę w ciemności? - zerkam na Fran.
- Usłyszałam, że drzwi się otwierają więc wyłączyłam lampkę i chciałam Cię nastraszyć. Udało się! - piszczy z zachwytu Fran. 
- Taaa. - wywracam oczami.
Wychodzę do łazienki i biorę szybki prysznic. Kiedy wracam odświeżona do pokoju Francesca już śpi z otwartą książką na twarzy. Śmieję się cicho i delikatnie zabieram jej książkę, którą odkładam na kanapę. Wskakuję do łóżka i otulam się kołdrą. 
U Diego siedziałam prawie do 23. Rozmawialiśmy, śmialiśmy się, wygłupialiśmy, oglądaliśmy tandetną komedię. Diego powiedział, że pogrzeby są weselsze niż ten film. Zgodziłam się z nim oczwiście. Wcinaliśmy popcorn, graliśmy w różne gry. Graliśmy też w kalambury, ale szybko skończyliśmy, ponieważ Diego nie umiał zgadnąć słowa kwiat, wkurzył się i ogłosił swój własny strajk, że nie będzie dłużej grał. Wieczorem w telewizji leciał horror od 12 lat. Był bardzo interesujący. Na tyle, że Diego usnął po kilku minutach, a ja wkładałam mu żelki pod bluzkę. Nie rozmawialiśmy o tym co było. Pominęliśmy temat o jego uczuciach do mnie i bardzo się z tego cieszę. Cieszę się, że naprawiamy nasze relacje, ale nadal nie mogę się pogodzić z tym co zrobił León. Jak on mógł pobić Thomasa? Śledził mnie, podsłuchiwał, udawał, że nic nie wie. Zachowywał się normalnie, a cały czas wciskał mi kit. Dlaczego to spotyka akurat mnie? Głośno wzdycham i próbuję zasnąć. 
***
Budzi mnie znienawidzony przeze mnie budzik. Jest godzina 6:30. Ku mojemu zdziwieniu Fran sama wstała. Podchodzę do szafy i zakładam na siebie czarne jeansy, liliowy sweter, a pod to biała bluzka z kołnierzykiem, który idealnie wystaje spod swetra i nadaje uroku.  Zamieniam się z Francescą i teraz ja siedzę przy toaletce. Maluję się tak jak zazwyczaj. Usta podkreślam jasnoróżową szminką. Włosy zostawiam rozpuszczone. Pakuję potrzebne zeszyty i rzeczy, które mogą się przydać.
Nie sądzę, żeby trzy rodzaje perfum mogły Ci się przydać.
Dopowiada mi moja podświadomość. 
Kiedy jesteśmy gotowe, wychodzimy z akademika i idziemy na uczelnię. Kiedy jesteśmy już pod klasą dowiadujemy się, że odwołali nam dwie godziny zajęć z profesorem Stone. Z tego powodu wspólnie postanowiłyśmy, że przejdziemy się do kawiarni. Szybkim krokiem idziemy w stronę Mercado, a Francesca dzwoni do Thomasa. Słyszę tylko urywki rozmowy, ponieważ zostałam lekko w tyle. Francesca chowa telefon, oznajmia mi, że Thomas przyjedzie za pięć minut i do nas dołączy. Rzucam tylko szybkie "okej" i dalej idziemy w ciszy. Wchodzimy do kawiarnii i zajmujemy miejca przy stoliku przy oknie, ponieważ nasze ulubione kanapy są zajęte. Wybrałyśmy stolik czteroosobowy. Rozmawiamy o geometrii i o moim wczorajszym dniu spędzonym u Diego w jego mieszkaniu. Oczywiście nic nie wspomniałam o Leónie, moich przeprosinach. Wymyśliłam, że przemyślałam to wszystko i stwierdziłam, że nie powinnam go obwiniać, bo nie znam sprawcy. Nikt go nie zna tak naprawdę oprócz mnie. Zamówiłam kawę rozpuszczalną, a Fran kakao. Po około 15 minutach Thomas wchodzi do pomieszczenia i zajmuje miejsce obok mnie. Witam się z nim i go przytulam. Z jego twarzą jest już dobrze. Zostały jeszcze małe zadrapania i siniaki, ale powinno wszystko zniknąć za dwa-trzy dni. Chętnie powiedziałabym mu kto go tak załatwił, ale coś w środku powstrzymuje mnie przed wydaniem Leóna. Thomas zamawia sobie ciacho i kawę, a mi i Fran postawił szarlotkę z lodami. Uwielbiam szarlotkę z lodami. Mogłabym to jeść godzinami. Po prawie dwóch godzinach spędzonych w kawiarni, Thomas podwiózł nas na uczelnię. Wysiadamy z auta i dziękujemy Thomasowi za podwózkę. Kiedy się żegnamy, zauważam Leóna, który się nam przygląda, a dokładniej, przygląda się mi i Thomasowi. Ponownie kieruję wzrok na chłopaka. Thomas mnie przytula i całuje w policzek, a ja robię to samo. Po chwili uświadamiam sobie, że to wszystko widział León. Kiedy zerkam w bok, aby sprawdzić co robi, on jest już prawie przy nas. W jego oczach widzę mrok. Staje przy nas i patrzy się na Thomasa. 
- Musimy pogadać. - w końcu się odzywa i wiem, że kieruje te słowa do mnie.
- My nie mamy o czym rozmawiać. - odwracam się żeby odejść, ale León łapie mnie za rękę i przyciąga do siebie.
- Powiedziałem coś. - patrzy się na mnie uważnie, a jego oczy robią się coraz bardziej ciemniejsze. 
Boję się go.
Całej sytuacji przygląda się Thomas i Francesca.
- Puść ją. - odzywa się Thomas, a mi w środku wszystko zaczyna się skręcać z nerwów. 
- Wypierdalaj. - fuka León i zbliża się do Thomasa.
- Puść ją bo zadzwonię na policję. - Thomas spokojnie odpowiada.
Uścisk Leóna staje się coraz mocniejszy. Ale po chwili puszcza mnie i staje niebezpiecznie blisko Thomasa. Jestem cała zdenerwowana i spocona, bo boję co tutaj się może zaraz wydarzyć. León zaciska pięści, a ja przygotowuję się do przerwania całej tej sytuacji. Jednak chłopak odpuszcza i odchodzi, rzucając mi na końcu mordercze spojrzenie. Obserwujemy oddalającego się Leóna.
- Wszystko w porządku? - pyta mnie Thomas.
- Tak. - kiwam głową.
- Czego chciał? - Francesca dotyka mojego ramienia.
- Nie mam pojęcia. - wzruszam ramionami. 
Wchodzimy do środka, a Thomas nas odprowadza. Żegnamy się z nim i zaczynamy zmieniać buty. Schodzi nam się dość długo, ale wyrabiamy się przed dzwonkiem. Kiedy mamy wejść do windy słyszymy nawoływanie.
- Zaczekajcie! - Thomas biegnie w naszą stronę.
 Staje przy nas zdyszany i próbuje złapać oddech.
- Co jest? - Fran poprawia włosy i czeka na odpowiedź.
- Chodźcie, coś wam pokażę.
Zerkamy na siebie z Fran i ruszamy za chłopakiem. Wychodzimy w trampkach na śnieg, bez kurtek. Zatrzymujemy się przy samochodzie Thomasa. Kiedy podchodzę bliżej zauważam to o co chodziło chłopakowi. Szyba z przodu i od strony kierowcy jest wybita. Maska jest wgnieciona, a na lewym boku jest ogromna rysa. Wygląda to okropnie. Francesca zaczyna rozmawiać z Thomasem na temat zniszczeń i sprawcy, a ja modlę się żeby to nie był León. Miał motyw. Zobaczył mnie z nim i się wkurzył. Jeszcze Thomas mu się postawił, więc sama nie wiem. Fran z Thomasem oglądają samochód z tyłu i zauważają kolejne rysy, ale o wiele mniejsze. Kiedy oni są za samochodem, moją uwagę przyciąga biała kartka na siedzeniu kierowcy. Szybko ją wyjmuję i zaczynam czytać.
Następnym razem urządzę Cię gorzej niż tego złoma
Od razu gniotę kartkę i chowam do torby. Rozglądam się czy przypadkiem Thomas lub Franesca tego nie widzieli. To León. Nie wierzę, że się do tego posunął. Co on sobie myśli?! Że teraz za każdym razem jak mnie zobaczy z Thomasem, będzie niszczył jego rzeczy lub będzie na niego napadał?! Co on w ogóle ma do tego, że zadaję się z Thomasem?! Odbiło mu? Muszę go znaleźć i to wyjaśnić raz na zawsze. Nie będzie straszył ludzi, niszczył ich rzeczy i na nich napadał. Przynajmniej nie wtedy kiedy ja jestem w pobliżu. Jeśli nic do niego nie dotrze, zgłoszę jego śledzenie, grożenie i napaść na policję. 
~ Jeśli przeczytałeś/aś - zostaw komentarz ~


Notka: Hejka! Jak pewnie wiecie jestem nowa! ❤ Mam nadzieję,że rozdział się podoba! Komentujcie bo to mnie motywuje a dla was to tylko minutka!❤ Miłego czytania! ❤ (wszystko jest kopiowanie z wattpada więc będą białe paski w tle i nie wiem jak to wygląda na komputerze jeszcze ale ważne ze rozdziały sie pojawiają prawda? ❤)